Przez 20 lat polskie szkolnictwo podzielone było na trzy etapy: podstawówkę, gimnazjum i liceum. Pamiętam jak toczyły się dyskusje, czy gimnazjum powinno funkcjonować czy też nie. Jak wszystko, ten podział miał swoje plusy i minusy. Reforma przeprowadzona w 2017 roku rozpoczęła proces wygaszania gimnazjów. Niemniej do tych czasów powraca Krzysztof Czewojsta w swojej książce Gimbaza.
Książkę dostałam od Gosi (peninia_czyta).Przyznam, że książkę przeczytałam, a raczej wysłuchałam w formie audiobooka, jeszcze w październiku, jednak nie mogłam się zebrać do napisania recenzji. Niestety jest to książka, o której szybko się zapomina. Minęły dwa tygodnie, a już po części wyparłam ją z pamięci, zapewne po napisaniu o niej paru słów zniknie w otchłaniach świadomości.
Autor przenosi nas na początek XXI wieku do Łodzi. Bohaterami są 13-sto latkowie, którzy właśnie rozpoczęli nowy etap edukacji: gimnazjum. Nowe środowisko, nowi koledzy z klasy, nowe zasady panujące w szkole. Czy tak młoda osoba może się łatwo odnaleźć w nowym świecie? Z jakimi wyzwaniami będzie musiała się zmierzyć? Jaką rolę w tym procesie odgrywają rodzice i nauczyciele? To tylko jedne z pytań, które autor chciał postawić przed czytelnikami. Jaka jest konkluzja? Tego możecie spróbować dowiedzieć się z tej książki.
Na początku książki mamy Słowo od autora. Mam co do niego mieszane odczucia. Z jednej strony odebrałam je w taki sposób, jakby autor tłumaczył się ze swoich pobudek do napisania książki. Z drugiej jednak strony, gdyby nie wspomniał o tym, co chciał przekazać swoją książką, to bym nie wiedziała jaki jest jej cel. Autor chciał pokazać, że młodzieży należy się uwaga, tym bardziej, że okres dojrzewania nie jest prosty. Pragnął zwrócić uwagę również na nauczycieli, którzy nie radzą sobie z uczniami, ponadto nie mają po swojej stronie rodziców. Kolejnym aspektem, który autor chciał poruszyć są wspomniani rodzice, a tak dokładniej matki. Chciał zerwać ze stereotypem dobrej osoby: (...) bo przecież matka zawsze “spaja rodzinę, wybacza i inne cuda na kiju”. Aha… Guzik prawda. W obecnych czasach rzeczywistość jest diametralnie inna i to właśnie matki są coraz częstszą przyczyną rozpadu rodzin i pogłębiających się patologii. I ostatnia kwestia. Autor chciał poruszyć kwestię klubów sportowych, a tak dokładnie konfliktów pomiędzy kibicami. Sporo tych zagadnień co nie? I wiecie co? Nie wybrzmiewają one zbyt mocno w książce. Chyba najmocniej uwidoczniona jest kwestia klubów sportowych.
Nie spodobało mi się przedstawienie Łodzi jako najgorszego miasta. Co prawda nigdy nie mieszkałam w tym mieście, ale nie lubię przedstawienia jakiś zagadnień opartym na samych stereotypach. Nic nie jest czarne albo białe, świat ma wiele barw. Autor zrobił antyreklamę Łodzi.
Gimnazjum również zostało przedstawione jako najgorsza opcja. Z tej książki wynika jakby gimnazjum to była jakaś patologia. Język jakim posługują się bohaterowie mnie raził. Wulgaryzmów było aż za dużo. Ponadto odnosi się wrażenie jakby dzieciaki myślały tylko o seksie. No i pokazanie, że trzeba kibicować odpowiedniej drużynie, jeśli nie to będzie się gnębionym. Chodziłam do gimnazjum i inaczej pamiętam tamte czasy. Nie zawsze było kolorowo. Nie zawsze rówieśnicy byli dla siebie mili, ale nie uznałabym tamtego okresu za patologiczny. Może moja szkoła była dobra, trafiłam na dobrą kadrę nauczycielską i miałam szczęście do znajomych w klasie. Miałam jednak znajomych w innych szkołach, moja siostra również chodziła do gimnazjum (innego niż ja) i nigdy nie słyszałam, aby było aż tak źle. Koledzy bardziej niż kwestiami seksualnymi interesowali się jakimiś grami komputerowymi, a dziewczyny nie były zazdrosne o nauczycielki.
O obrazie nauczycieli w tej książce nawet nie wspomnę…
Jeśli chodzi o kwestię matki. Widać zgrzyt pomiędzy głównym bohaterem a rodzicielką. Matka chce, aby jej syn spełnił jej wizje i ambicje, które niekoniecznie są zgodne z jej synem. Kobieta chciała, aby jej dziecko było idealna, aby było kim się chwalić. Mimo wszystko to w jaki sposób chłopak odzywał się o mamie, zwłaszcza przy ojcu, mi się nie podobało. Zero szacunku. Jednak celem autora było pokazanie matki jako tą, która rujnuje rodzinę. To jakoś mocno nie wybrzmiało, dopiero pod koniec były jakieś sygnały w tym kierunku.
A co najistotniejsze: nie wiemy, w jakie kłopoty wpakował się nasz bohater. Wiemy, że coś się wydarzyło, że ma problemy z prawem, ale nie znamy żadnych szczegółów. I niestety nie dowiadujemy się o tym, co się wydarzyło. Książka sugeruje, że będzie kolejna część, ale szczerze? Nie planuję po nią sięgnąć. Nie jestem aż tak ciekawa tego, co się przydarzyło głównemu bohaterowi.
Książka została zakwalifikowana jako literatura młodzieżowa. Przyznam, że nie rozumiem tego. Pokazuje najgorsze oblicze szkoły. Wspomina o jakiś problemach młodzieży, ale nie daje rozwiązań. Co młodzież miałaby z niej wynieść? Nie wiem.

Komentarze
Prześlij komentarz