Są historie do których aż chce się wracać. Po Igrzyska śmierci Suzanne Collins sięgnęłam niemal zaraz po ich wydaniu. Bardzo podobała mi się ta seria. Lubię zarówno książki jak i filmy. Z wielką przyjemnością więc wróciłam do tego świata, a towarzyszyła mi w tym książka Wschód słońca w dniu dożynek.
Przyznam, że gdy pierwszy raz czytałam i oglądałam Igrzyska śmierci nie zwracałam większej uwagi na postać Haymitcha Abernathy. Interesowała mnie wtedy głównie Katniss Everdeen - dziewczyna igrająca z ogniem. Dopiero po czasie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Haymitch pił i odtrącał od siebie ludzi. Wiemy, że brał udział w Głodowych Igrzyskach, więc na to można było zrzucić jego późniejszy stan.
Akcja Wschodu słońca… ma miejsce dwadzieścia cztery lata wcześniej niż znane nam Igrzyska śmierci. Mają wtedy miejsce 50 Głodowe Igrzyska (Drugie Ćwierćwiecze Poskromienia). Z tej okazji udział w Igrzyskach ma wziąć dwa razy więcej trybutów. W dniu dożynek Haymitch obchodzi szesnaste urodziny. Woli nie myśleć o tym co przyniesie mu los. Czeka aż ceremonia się zakończy, aby czym prędzej spotkać się z dziewczyną. Jednak na skutek pewnych okoliczności staje się uczestnikiem Głodowych Igrzysk. Wraz z trójką pozostałych trybutów z Dystryktu Dwunastego udaje się do Kapitolu. Zdaje sobie sprawę, że nie dane mu będzie wyjść cało z areny. Mimo wszystko nie jest osobą, która tak łatwo się poddaje. Chce podjąć walkę, chce, aby jak najwięcej osób zobaczyło, w czym tak naprawdę tkwi zło. Oczywiście taki opis fabuły jest wielkim uproszczeniem, ale po tę książkę trzeba po prostu sięgnąć i zapoznać się z jej szczegółami.
Muszę przyznać, że zakończenie książki wbiło mnie w fotel. Jak wspominałam, ciekawiła mnie postawa Haymitcha w Igrzyskach śmierci i właśnie po doczytaniu Wschodu słońca… do końca w pełni można zrozumieć tę postać. Jego duch walki nigdy nie ustał, był po prostu na jakiś czas w ukryciu. Mam wrażenie jakby autorka tworząc wiele lat temu postać Haymitch od początku miała zamysł na tę książkę i historię tego bohatera.
W tej części nie brak nawiązania do postaci takich jak Plutarch, Beetee Latier, Mags czy Effie Trinket. Znamy je z serii Igrzysk śmierci, ale w tej książce poznajemy trochę lepiej tych bohaterów. Ciekawie było zobaczyć znajome nazwiska i ujrzeć je z innej perspektywy.
Brakowało mi jednego: pozostałych trybutów. Oni jakby nie istnieli. Dostajemy głównie informacje o trybutach z Dwunastego Dystryktu i trochę o Ampercie z Dysktryktu Trzeciego (synu Beetee Latier). Przez to akcja na Igrzyska przelatuje nam między palcami. Trybuci szybko umierają, nie wiemy dokładnie co się dzieje. Pamiętam, że w Igrzyskach śmierci lepiej to było rozegrane. Odczuwało się mocniej ducha walki i rywalizację. Bardziej było tam widać płynące zagrożenie. Mam wrażenie, że Igrzyska śmierci były bardziej brutalne. Więcej krwi tam było widać, więcej smutku. We Wschodzie słońca… brakowało mi trochę tych emocji na arenie. Haymitch miał dużo szczęścia. Udało mu się jakoś prześlizgnąć przez całe Igrzyska. Pozostali trybuci jakoś specjalnie mu nie zagrażali. Jedynie ze zmiechami musiał się zmieżyć, ale to też nie było jakieś mocne starcie. Katniss miała ciężej.
W tej części jest wiele znanych nam schematów. Mamy nawiązanie chociażby do W pierścieniu ognia i Ballady ptaków i węży (tej książki jeszcze nie czytałam, ale oglądałam adaptację). Ta część raczej nie miała wprowadzić zbyt wielu nowych aspektów do świata przedstawionego, lecz pozwolić czytelnikowi lepiej zrozumieć Haymitcha i połączyć Balladę z Igrzyskami.
Przy okazji zachęcam Was do wysłuchania piosenki Pod drzewem w wersji Studia Accantus. Jest to piosenka, którą śpiewała Katniss i jest również wspomniana we Wschodzie słońca….
Wersja w wykonaniu Sylwii Banasik - link
Wersja w wykonaniu Pawła Erdmana - link

Komentarze
Prześlij komentarz