Są książki, których opis brzmi bardzo ciekawie i zachęca czytelnika do sięgnięcia po nie. W końcu taka jest rola opisu, prawda? Najgorsze jednak jest uczucie, gdy zaczynamy czytać z wielkim zapałem, a on gaśnie już po pierwszych stronach. Tak było w moim przypadku z książką Wirus? Anny Widawskiej.
Na ogół w swoich recenzjach pokrótce opisuję, o czym jest dana książka. Tym razem zrobię to w wielkim skrócie — o tej historii da się opowiedzieć w raptem paru zdaniach. Główną bohaterką jest uczennica liceum, Andorcia. Pewnego dnia, podczas deszczu meteorytów, jeden z nich spada na teren szkoły. Wkrótce w jej murach zaczynają dziać się dziwne rzeczy: pasożyty opanowują ludzki mózg. Dziewczyna postanawia odkryć, co się dzieje, i stanąć do walki ze złem.
Wiecie co? Opis wyszedł mi lepiej niż moje odczucia po przeczytaniu tej książki 😅
Miałam wrażenie, że w kółko czytam o tym samym. Nieważne, na której stronie otworzyłam książkę — pojawiały się podobne opisy i wydarzenia. Całość była bardzo schematyczna i nie trzymała w napięciu, a fabuła zupełnie mnie nie porwała.
I jeszcze te dialogi… Matko, jakie one były płytkie. Momentami naprawdę zastanawiałam się, czy ludzie tak ze sobą rozmawiają — a już szczególnie młodzież. Brzmiało to raczej jak kiepska parodia rozmów niż jak dialogi w książce.
Jeśli chodzi o główną bohaterkę to zapamiętałam głównie to, że jeździ BMW i ma iPhona.
Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że to niemal oda do szkoły. Wszystko było takie piękne, nauczyciele tacy wspaniali, okazywali mnóstwo wsparcia i generalnie wszystko było idealne. Żeby było jasne — nie uważam, że szkoła czy nauczyciele są źli. Sama z wykształcenia jestem nauczycielką (choć nie praktykuję zawodu). Jednak nigdy nie spotkałam się z sytuacją, w której nauczyciele na każdym kroku podkreślali, że są „dla ucznia” i że można do nich podejść. Autorka najwyraźniej chciała pokazać, że w szkole można liczyć na wsparcie — oczywiście, to prawda. Nauczyciele, pedagodzy i psychologowie powinni pomagać i można im zaufać. Tyle że w książce wyszło to tak sztucznie i przesadnie, że zamiast wiarygodności otrzymujemy coś, co brzmi jak groteskowa parodia.

Komentarze
Prześlij komentarz