Pamiętam, kiedy pierwszy Avatar wszedł do kin. Było to coś zupełnie nowego — u nas mówiło się, że to pierwszy film 3D w kinach. Poszłam na niego z rodzicami i siostrą. To było pewne wydarzenie. Film nam się podobał, choć był długi, jego jakość wynagradzała czas. Kiedy później obejrzałam go w telewizji — tak, w telewizji, nie na platformach streamingowych — wrażenie było już mniejsze. To jeden z tych filmów, które naprawdę warto oglądać w kinie. Później wybrałam się na Avatar: Istoty wody, który okazał się bardzo spokojny i kojący. Choć końcówka była bardziej dynamiczna, wyszłam z kina zrelaksowana i odprężona — ogromne wrażenie zrobiły na mnie ujęcia wody. Nie mogłam więc przegapić trzeciej części, Avatar: Ogień i popiół.
Przed wyjściem do kina na Ogień i popiół popełniłam jeden błąd — nie przypomniałam sobie, o czym była druga część. W efekcie na początku ciężko było mi wgryźć się w fabułę. Ogólnie jednak uważam, że znajomość poprzednich części nie jest konieczna, bo bohaterowie w naturalny sposób przypominają widzowi kluczowe wydarzenia i konteksty. Mój mózg po prostu usilnie próbował sobie przypomnieć, co działo się w Istotach wody.W tej części poznajemy nowy lud, który posługuje się ogniem — Mangkwan, zwany Ludźmi Popiołu. To zupełnie inna społeczność niż te, które mieliśmy okazję oglądać w poprzednich częściach. Uwielbiają ogień i zniszczenie, kierują się odmienną moralnością i wyznają zupełnie inną wiarę niż pozostałe ludy. Nie mają żadnych zahamowań. W pewnym momencie bratają się nawet z ludźmi.
Ta część jest zdecydowanie bardziej dynamiczna niż dwie poprzednie. Wszystkie filmy z serii mają ze sobą coś wspólnego: fabułę można streścić w kilku zdaniach, ale prawdziwą siłą są obrazy i to, co pozostaje niewypowiedziane. Minusem okazało się jednak powtarzanie wielu wątków z poprzedniej części, scenariusz nie był zbyt oryginalny. Szkielet opowieści stanowiły Istoty wody, a w Ogniu i popiele dodano głównie nowe elementy. Na szczęście istoty ognia zostały świetnie wykreowane; choć nie były skomplikowane, wprowadzały dynamikę i życie do filmu. Szczególnie wyróżniała się postać przywódczyni Ludu Popiołu, Varang. Jako jedyna z poznanych dotąd bohaterów nie była nijaka — miała charakter, pazur i wyrazistą osobowość.
Nie mogę nie wspomnieć o piosence promującej film. W Ognie i popiele jest to utwór Dream As One w wykonaniu Miley Cyrus. Przyznam, że słucham go w kółko — bardzo mi się podoba i moim zdaniem świetnie pasuje do filmu. Równie mocne wrażenie zrobiła na mnie piosenka z pierwszego Avatara, I See You w wykonaniu Leony Lewis, która wciąż pozostaje w mojej pamięci. W przypadku Istot wody nie pamiętam natomiast żadnej wyróżniającej się piosenki — żadna z nich nie zapadła mi w pamięć tak jak te z pierwszej i trzeciej części.
Ta część może i nie była zbyt oryginalna, ale ma coś w sobie i nie uważam czasu poświęconego na oglądanie tego filmu jako zmarnowany. Czekam już na kolejną część, podobno ma się ukazać w 2029 roku.

Komentarze
Prześlij komentarz