Są książki do których ma się sentyment i mimo upływu lat wciąż je miło wspominamy. Z przyjemnością wspominam czasy, gdy czytałam Harrego Pottera J.K.Rowling, a potem wypatrywałam kolejnych ekranizacji. Po dziś dzień uwielbiam tę serię, mam do niej wielki sentyment. Swego czasu byłam również wielką fanką Zmierzchu Stephenie Meyer (team Edward) i uwielbiałam serię Szeptem Becca Fitzpatrick. Obie jednak serie pozostawiam w strefie wspomnień i nie wracam do nich, czuję, że dziś nie przypadłyby mi do gustu. Dwie ostatnie książki łączy jedno: nie wyobrażam sobie ich kontynuacji. Jako nastolatka zaczytywałam się również w Igrzyskach śmierci Suzanne Collins. Myślałam, że ten rozdział mam już za sobą. Autorka jednak po latach powróciła do tej historii i przedstawiła czytelnikom dwa prequele - Wschód słońca w dniu dożynek oraz Balladę węży i ptaków, którą właśnie miałam okazję przeczytać.
Nie będę ukrywać — wiedziałam, o czym jest Ballada węży i ptaków. Wcześniej obejrzałam film i początkowo nie planowałam sięgać po książkę. Wydawało mi się, że powrót do świata Igrzysk śmierci nie może się udać. Jednak ekranizacja, a zwłaszcza muzyka, bardzo przypadła mi do gustu. Gdy po pewnym czasie szczegóły fabuły nieco się zatarły w mojej pamięci, postanowiłam w końcu sięgnąć po Balladę….W tej części cofamy się do czasów młodego Coriolanusa Snowa. Niebawem mają się odbyć Dziesiąte Głodowe Igrzyska. Ten rok ma się jednak różnić od pozostałych. Organizatorzy igrzysk zauważyli, że ludzie nie chcą oglądać zmagań na arenie dzieciaków z Dystryktów. Z tego powodu postanawiają zaangażować uczniów Akademii - mają zostać mentorami trybutów. Najlepszy z nich ma otrzymać nagrodę - stypendium.
Coriolanus Snow pochodzi z niegdyś bogatej i wpływowej rodziny. Podczas Mrocznych Dni stracił oboje rodziców i zamieszkał z babką oraz kuzynką Tigris. Wojna sprawiła, że Snowowie ledwo wiązali koniec z końcem. Coriolanus znał smak głodu i był świadkiem wydarzeń, które na zawsze odcisnęły się w jego pamięci. Po wojnie udawał przed znajomymi, że jego rodzina wciąż jest zamożna. Jego największym marzeniem były studia, do których niezbędne było zdobycie stypendium.
Mimo że był najlepszym uczniem, przydzielono mu rolę mentora trybutki z Dwunastego Dystryktu — Lucy Gray. Początkowo był tym faktem załamany, jednak szybko odkrył, że dziewczyna potrafi oczarować publiczność. Postanowił to wykorzystać. Z początku traktował Lucy Gray jedynie jako przepustkę do realizacji własnych marzeń, z czasem jednak między nimi zaczęło rodzić się uczucie.
Nie jest to jednak książka o szczęśliwej miłości, o ile tak w ogóle można mówić o uczuciu, które zrodziło się między Snowem a Lucy Gray. Było to raczej zauroczenie i pewien rodzaj ekscytacji niż prawdziwa miłość. Obserwując postać Coriolanusa, odnosi się wrażenie, że nie był on zdolny do głębokiego uczucia, a już na pewno nie do romantycznej miłości.
Jest to również książka o władzy i o tym, co robi ona z człowiekiem. Snow pragnie znów znaleźć się na szczycie; odzyskać utracone życie i dawną pozycję. Jego bliscy nieustannie powtarzali mu, że będzie kimś wielkim, co tylko wzmacniało jego ambicje. Na kartach powieści wyraźnie widać, jak miota się między własnymi przekonaniami. Choć niektóre rzeczy budzą w nim sprzeciw, pozostaje podatny na manipulację władzy. Momentami marzy o wolności, o której opowiada mu Lucy Gray oraz człowiek, którego nazywa „przyjacielem”. Przede wszystkim jednak ceni poczucie stabilności i grunt pod nogami. Wierzy w bezpieczeństwo gwarantowane przez Kapitol i nie chce dopuścić do zachwiania znanego mu świata, dlatego nie jest gotów poświęcić niczego — ani nikogo. Uparcie dąży do celu.
Czy da się jednoznacznie ocenić Snowa jako złego człowieka? Niekoniecznie. Jego postać pokazuje, jak łatwo człowiek ulega cudzym wpływom i jak trudno bywa mu zaakceptować inną perspektywę, zwłaszcza gdy jest ona zupełnie obca i, z jego punktu widzenia, zbyt śmiała, burząca ustalony porządek. Oczywiście nic nie usprawiedliwia czynów Snowa, każdy bowiem ma własne sumienie. Warto jednak pamiętać, że nikt nie rodzi się zły — człowiekiem złym staje się z czasem.
Uważam, że każdy człowiek ma w sobie wrodzone dobro. Wie, kiedy przekracza granicę i staje się zły. To właśnie próba pozostania po właściwej stronie tej granicy stanowi prawdziwe życiowe wyzwanie.
Jak wspomniałam na początku, w tej części niezwykle istotną rolę odgrywa muzyka. W książce nie brakuje więc tekstów piosenek wykonywanych przez Lucy Gray oraz jej trupę. Najbardziej znaną z nich jest The Hanging Tree. Przyznam, że ta wersja bardziej przypadła mi do gustu w wykonaniu Rachel Zegler niż Jennifer Lawrence. Polecam również polskie interpretacje utworu — szczególnie wersje w wykonaniu Sylwii Banasik bądź Pawła Erdmana.
Nie była to jednak książka idealna. Początkowo tempo narracji było dobrze wyważone — pozwalało łatwo wgryźć się w fabułę i z zainteresowaniem poznawać świat przedstawiony. Im dalej jednak w las, tym akcja zaczynała toczyć się coraz szybciej, momentami wręcz zbyt gwałtownie. Autorka wyraźnie przyspieszyła bieg wydarzeń, przez co końcówka powieści straciła część swojego uroku. Muszę przyznać, że przez to tempo nawet śmierć Sejanusa, będąca przecież bardzo istotnym elementem historii, nie wybrzmiała dla mnie tak mocno, jak powinna.
Ballada ptaków i węży stanowi dobry wstęp do całej historii Igrzysk śmierci i nie wymaga znajomości pozostałych książek z cyklu. Przyznam, że spośród wydanych prequeli bardziej odpowiadał mi klimat Wschodu słońca w dniu dożynek, jednak Ballada… oferuje zupełnie inne doświadczenie. Nie brakuje tu wątków psychologicznych, które nadają historii głębi i dodatkowego smaku. Z czystym sumieniem polecam tę książkę.

Komentarze
Prześlij komentarz