Są tacy autorzy, którzy od razu kojarzą się z tak zwaną „dobrą literaturą”. Sięgając po ich książki, spodziewamy się pięknego języka, ważnych tematów, czy też dopracowanego świata przedstawionego. Do tego grona bez wątpienia należy Margaret Atwood. Autorka zdobyła ogromną popularność dzięki Opowieści podręcznej. N miałam okazji jej przeczytać, ale bardzo chciałam poznać twórczość Atwood, dlatego sięgnęłam po zbiór opowiadań Kamienne posłanie.
Muszę przyznać, że mam z tą książką niemały problem. Bardzo ciężko jest mi napisać do niej recenzję.Zaczynając lekturę, nastawiałam się na coś wyjątkowego. Liczyłam na styl, którym będę się delektowała, na piękne opisy i literacką głębię. Może nie miałam sprecyzowanych oczekiwań, ale byłam przekonana, że czeka mnie prawdziwa czytelnicza uczta. Niestety, te opowiadania zupełnie do mnie nie trafiły.
Przy pierwszych trzech tekstach podeszłam do sprawy ambitnie: robiłam notatki, próbowałam przygotować się do dokładniejszego omówienia. Planowałam napisać o każdym opowiadaniu osobno. Niestety, ale szybko wymiękłam.
Z każdą kolejną stroną było coraz trudniej. Historie mnie nużyły, nie wciągały, nie budziły emocji. Nie było tu nic, co by mnie zatrzymało na dłużej albo naprawdę poruszyło. Wręcz przeciwnie, im dalej w las tym było gorzej.
W pewnym momencie czytałam już tylko po to, żeby skończyć książkę. I szczerze? Sama nie do końca wiedziałam, co właściwie czytam. Opowiadania po prostu przepływały obok mnie. Słowa nie zostały ze mną na dłużej, ani nawet na chwilę.
Liczyłam, że ta książka mi się spodoba, że coś z niej wyniosę. Te opowiadania okazały się jednak lekturą raczej do poduszki niż czymś, co zostaje w głowie na dłużej. Na regale mam jeszcze dwie książki autorki i nie wiem, czy po nie kiedykolwiek sięgnę.

Komentarze
Prześlij komentarz