Przejdź do głównej zawartości

tik, tik... BUM!

Czas, czas, czas – wciąż nas goni… Może być naszym przyjacielem bądź wrogiem, zależnie od tego, jak na niego spojrzymy. Pozwala „leczyć rany”, jest potrzebny do rozwoju i dorastania, umożliwia także spojrzenie z dystansu na relacje czy wydarzenia. Bywa jednak bezwzględny – przypomina o starzeniu się i nieuchronności śmierci, a niekiedy wywiera presję. O czasie opowiada musical „tik, tik… BUM!”.


Akcja spektaklu rozgrywa się w latach 90. Opowiada losy trójki młodych przyjaciół – Jona, Michaela oraz Susan (dziewczyny Jona), mieszkających w Nowym Jorku. Każdy z nich jest artystą. Przyjechali do tego wielkiego miasta, aby zrobić karierę. Jednak los okazał się bardziej brutalny, niż zakładali.

Zacznę od końca – Susan, tancerka. Zamiast robić karierę, uczy dzieci. Dostaje jednak możliwość wyjazdu. To dla niej szansa – jej życie może w końcu zmienić się na lepsze.

Michael porzucił swoje marzenie o zostaniu aktorem. Zamiast tego podjął pracę w korporacji, w marketingu. Dzięki temu stać go było na nowe mieszkanie, o wiele lepsze niż to, które dzielił z Jonem w Soho. Kupił sobie nowe, luksusowe auto – było czym się pochwalić. I mimo że jego życie wydawało się z pozoru idealne, pod koniec spektaklu dowiadujemy się – uwaga, tu będzie spoiler – że jest nieuleczalnie chory.

Jon – nasz główny bohater. Zbliża się do trzydziestki. Marzy o wystawieniu swojej sztuki na Broadwayu. Tworzy musical „Superbia”. W głowie wciąż słyszy tykający zegar. Ma marzenia, które pragnie spełnić. Za dnia jest kelnerem, wieczorami pisze i komponuje. Niebawem, dosłownie tuż przed urodzinami, ma się odbyć premiera jego spektaklu. Od niej zależy, czy zostanie on wystawiony na deskach teatrów. Czuje na sobie ogromną presję czasu. Jest marzycielem, wierzy, że uda mu się osiągnąć cel. Ma jednak przebłyski świadomości, że może mu się nie udać. Michael namawia go do podjęcia pracy w swojej firmie, dzięki czemu zacząłby normalnie zarabiać. Susan natomiast chce, aby wyjechał z nią. Jon mimo wszystko walczy o sukces po swojemu, choć w głowie słyszy nieubłagane „tik, tik… BUM!”.

Zanim przejdę do moich wrażeń o spektaklu, przyznam, że po raz pierwszy wybrałam się do teatru sama. Zawsze chodziłam z kimś – czy to z mężem, mamą, czy koleżanką. Na teatr patrzę jak na miejsce, do którego nie chodzi się samemu. Nie wiem, czemu tak jest, ale tak to odbieram. Inaczej jest w przypadku kina – tam ludzie często wybierają się sami, to naturalne zjawisko (przyznam, że mam postanowienie, aby w końcu pójść samej także do kina, bo zawsze ktoś mi towarzyszy i chcę zobaczyć, jak to jest oglądać film w pojedynkę).

Specjalnie wybrałam spektakl „tik, tik… BUM!”. Po pierwsze, od dawna chciałam go zobaczyć, ale nie miałam z kim. Po drugie, nie ma żadnej przerwy, więc wiedziałam, że ominie mnie ewentualne zakłopotanie podczas antraktu. Przyznam, że niezbyt komfortowo czułam się, idąc sama. Wszędzie otaczały mnie grupy znających się osób, a ja byłam sama. Dodatkowo, gdy weszło się na widownię, słychać było tykający zegar. To tylko wzmacniało mój stres. I żeby nie było – ten zegar miał wzbudzić w widzach niepokój, i u mnie się to udało

W rolę Jona wcielił się Marcin Franc. Żałowałam, że nie widziałam go w roli Fiyero w musicalu „Wicked”, więc tym razem nie chciałam trafić na obsadę, w której postać Jona gra Maciej Pawlak, którego ogólnie bardzo lubię (zagrał niesamowicie Judasza w „Jesus Christ Superstar”), ale zależało mi na tym, aby zobaczyć w tej roli właśnie Marcina Franca. Postać Jona została zagrana świetnie. Aktor w stu procentach wcielił się w rolę. Był tą postacią. Grał bardzo naturalnie, z pewnym luzem.

W postać Susan wcieliła się Anastazja Simińska, a w Michaela – Piotr Janusz. Ich gra była o tyle ciekawa, że oprócz swoich głównych ról odgrywali także postaci poboczne, więc musieli nagle się przeobrażać – i wyszło to świetnie. Nie grali sztampowo. Widać było kontrasty między granymi przez nich bohaterami.

Anastazja Simińska zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Była wyrazista – tam, gdzie trzeba, seksowna, powabna, a zarazem pełna emocji. Piotr Janusz miał świetną postać do zagrania – złożoną, po której nie było wiadomo, czego się spodziewać. Muszę przyznać, że znakomicie zagrał również ojca Jona – to było genialne.


Jest jedna rzecz, która łączy w tym spektaklu wszystkich aktorów – swoboda. Wchodzili w interakcje z publicznością i było to tak naturalne, jakby oczywiste było, że za chwilę coś zrobią. Nieważne, czy siedziało się w pierwszym rzędzie, czy dalej – aktor mógł w każdej chwili odegrać swoją scenę właśnie tam. Sprzyjało temu ułożenie sali. Aktorzy nie grali na podwyższonej scenie, lecz na parterze, więc pierwszy rząd siedział jakby na scenie. To pokazywało, że widownia jest integralną częścią spektaklu.

Jeśli chodzi o wokal, cóż mogę powiedzieć – bardzo mi się podobał. Słuchanie tych artystów było miodem dla moich uszu. Pięknie ze sobą kontrastowali i tworzyli wspólne brzmienie. Świetnym zabiegiem było to, że orkiestra, a właściwie zespół instrumentalny, była widoczna. Ponadto zdarzały się sceny, w których aktorzy coś do nich mówili lub coś im podawali. To tylko podkreślało, jak ważni są muzycy podczas spektaklu. A jeszcze na samym początku, gdy widownia już siedziała, najpierw wchodzili muzycy i zajmowali swoje miejsca. Już wtedy doczekali się braw.

Jeden tylko minus – piosenki. Co prawda były bardzo ładnie zaśpiewane, ale nie zapadały w pamięć. Ani teksty, ani melodie nie pozostały ze mną na dłużej.

„Tik, tik… BUM!” to złożony spektakl. Z jednej strony pokazuje realia ówczesnego życia – świat korporacji oraz relacji międzyludzkich. Z drugiej strony bawi. Uśmiałam się bardzo. Jednak ważny w tym wszystkim jest czas.

Pod koniec spektaklu zmierzyłam się z prawdziwym BUM! Nie spodziewałam się, że wszystko pójdzie w takim kierunku – okazało się, jak już wspominałam, że Michael był nieuleczalnie chory. Wiecie, jaki przeżyłam emocjonalny roller coaster? Najpierw śmiałam się przez większą część spektaklu, a tu nagle – płacz. Ta scena bardzo mnie poruszyła.

Bardzo polecam ten spektakl. Jest nie tylko rozrywkowy, ale także skłania do refleksji. Czas przemija, dlatego warto dobrze go wykorzystać. Widziałam, że został nakręcony film na podstawie tego musicalu - chętnie go obejrzę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Katabaza

Są autorzy, na których książki wręcz czekamy. Jesteśmy ciekawi, czym tym razem nas zaskoczą. Dla mnie taką autorką jest Rebecca F. Kuang, znana przede wszystkim z Wojen makowych . Pod koniec 2025 roku ukazała się jej najnowsza powieść — Katabaza . Kupiłam ją niemal od razu, jednak do dziś czekała na przeczytanie. Chciałam, aby szum wokół niej nieco opadł. Z tego, co widziałam, tę książkę albo się polubi, albo nie. Jakie są moje wrażenia? Zaraz się dowiecie. Czy zastanawialiście się jak to jest zejść do piekła? Co może nas tam spotkać? I czy w ogóle da się z niego potem wydostać? W dużym skrócie o tym jest Katabaza . Główną bohaterką powieści jest Alice Law, studentka Magii Analitycznej na Uniwersytecie Cambridge. Dziewczyna przyjechała do Londynu z Ameryki, aby uczyć się od najlepszych, a zwłaszcza od Jacoba Grimesa, uznawanego za najwybitniejszego maga w dziejach. Miała jeden cel: stać się najlepszą i móc bezpośrednio współpracować z tym profesorem. Wszystko układało się zgodnie z pla...

Ubungo

W czasie wolny poza czytaniem książek i oglądaniem seriali lubię sięgać po planszówki. Sięgam po różnego rodzaju gry: karciane, strategiczne oraz logiczne. Z przyjemnością więc zagrałam w Ubungo . Jest to gra logiczna. Samo słowo “ubungo” oznacza “mózg”. Twórcy wymyślili więc świetną nazwę do tej gry: coś prostego i ezgotycznego. Jak podpowiada nam AI: Gra planszowa Ubongo została stworzona przez polsko-szwedzkiego projektanta Grzegorza Rejchtmana i pochodzi ze Szwecji, ale nazwa "Ubongo" (co znaczy "mózg" po suahili) nawiązuje do Afryki, gdzie działa firma społeczna Ubongo tworząca edukacyjne programy telewizyjne, co może wprowadzać w błąd. Zasady gry są bardzo proste. Każdy gracz otrzymuje planszę oraz dwanaście elementów. To co jest istotne: każda plansza ma inny wzór, który należy zapełnić kolorowymi elementami. Należy to zrobić w jak najkrótszym czasie - do gry dołączona jest bowiem klepsydra. Z pozoru może wydać się to proste, ale jest wiele kombinacji do zape...

Strażniczka feniksa

Lubicie chodzić do zoo? Oglądać wszystkie te egzotyczne zwierzęta? A co powiecie na zoo, w którym nie ma pand, tygrysów, małp ani innych znanych nam gatunków? Zamiast nich spotkacie smoki, gryfy czy feniksy. O zoo pełnym magicznych stworzeń opowiada książka S.A. MacLean Strażniczka feniksa . Główną bohaterką jest Aila. Młoda dziewczyna, około trzydziestu lat. Od dziecka marzyła, aby być opiekunką feniksów i je ratować. Uparcie szła do celu: czytała mnóstwo książek na ich temat oraz ukończyła specjalny kierunek. Udało jej się osiągnąć swój cel. Rozpoczęła pracę w zoo Sam Tamculo i była opiekunką ptaków, w tym feniksa silimalskiego. Mieć pod opieką takiego ptaka to wielki zaszczyt, ale i presja. W jej zoo przebywa bowiem tylko jeden feniks silimalski. Aila próbuje zrobić wszystko, aby odpowiednia organizacja przydzieliła jej jeszcze jednego feniksa pod skrzydła. Chce bowiem reaktywować program rozmnażania feniksów. To byłoby dobre dla jej ptaka oraz dla całego zoo. W skutek pewnych okoli...