Czas, czas, czas – wciąż nas goni… Może być naszym przyjacielem bądź wrogiem, zależnie od tego, jak na niego spojrzymy. Pozwala „leczyć rany”, jest potrzebny do rozwoju i dorastania, umożliwia także spojrzenie z dystansu na relacje czy wydarzenia. Bywa jednak bezwzględny – przypomina o starzeniu się i nieuchronności śmierci, a niekiedy wywiera presję. O czasie opowiada musical „tik, tik… BUM!”.
Zacznę od końca – Susan, tancerka. Zamiast robić karierę, uczy dzieci. Dostaje jednak możliwość wyjazdu. To dla niej szansa – jej życie może w końcu zmienić się na lepsze.
Michael porzucił swoje marzenie o zostaniu aktorem. Zamiast tego podjął pracę w korporacji, w marketingu. Dzięki temu stać go było na nowe mieszkanie, o wiele lepsze niż to, które dzielił z Jonem w Soho. Kupił sobie nowe, luksusowe auto – było czym się pochwalić. I mimo że jego życie wydawało się z pozoru idealne, pod koniec spektaklu dowiadujemy się – uwaga, tu będzie spoiler – że jest nieuleczalnie chory.
Jon – nasz główny bohater. Zbliża się do trzydziestki. Marzy o wystawieniu swojej sztuki na Broadwayu. Tworzy musical „Superbia”. W głowie wciąż słyszy tykający zegar. Ma marzenia, które pragnie spełnić. Za dnia jest kelnerem, wieczorami pisze i komponuje. Niebawem, dosłownie tuż przed urodzinami, ma się odbyć premiera jego spektaklu. Od niej zależy, czy zostanie on wystawiony na deskach teatrów. Czuje na sobie ogromną presję czasu. Jest marzycielem, wierzy, że uda mu się osiągnąć cel. Ma jednak przebłyski świadomości, że może mu się nie udać. Michael namawia go do podjęcia pracy w swojej firmie, dzięki czemu zacząłby normalnie zarabiać. Susan natomiast chce, aby wyjechał z nią. Jon mimo wszystko walczy o sukces po swojemu, choć w głowie słyszy nieubłagane „tik, tik… BUM!”.
Zanim przejdę do moich wrażeń o spektaklu, przyznam, że po raz pierwszy wybrałam się do teatru sama. Zawsze chodziłam z kimś – czy to z mężem, mamą, czy koleżanką. Na teatr patrzę jak na miejsce, do którego nie chodzi się samemu. Nie wiem, czemu tak jest, ale tak to odbieram. Inaczej jest w przypadku kina – tam ludzie często wybierają się sami, to naturalne zjawisko (przyznam, że mam postanowienie, aby w końcu pójść samej także do kina, bo zawsze ktoś mi towarzyszy i chcę zobaczyć, jak to jest oglądać film w pojedynkę).
Specjalnie wybrałam spektakl „tik, tik… BUM!”. Po pierwsze, od dawna chciałam go zobaczyć, ale nie miałam z kim. Po drugie, nie ma żadnej przerwy, więc wiedziałam, że ominie mnie ewentualne zakłopotanie podczas antraktu. Przyznam, że niezbyt komfortowo czułam się, idąc sama. Wszędzie otaczały mnie grupy znających się osób, a ja byłam sama. Dodatkowo, gdy weszło się na widownię, słychać było tykający zegar. To tylko wzmacniało mój stres. I żeby nie było – ten zegar miał wzbudzić w widzach niepokój, i u mnie się to udało
W rolę Jona wcielił się Marcin Franc. Żałowałam, że nie widziałam go w roli Fiyero w musicalu „Wicked”, więc tym razem nie chciałam trafić na obsadę, w której postać Jona gra Maciej Pawlak, którego ogólnie bardzo lubię (zagrał niesamowicie Judasza w „Jesus Christ Superstar”), ale zależało mi na tym, aby zobaczyć w tej roli właśnie Marcina Franca. Postać Jona została zagrana świetnie. Aktor w stu procentach wcielił się w rolę. Był tą postacią. Grał bardzo naturalnie, z pewnym luzem.
W postać Susan wcieliła się Anastazja Simińska, a w Michaela – Piotr Janusz. Ich gra była o tyle ciekawa, że oprócz swoich głównych ról odgrywali także postaci poboczne, więc musieli nagle się przeobrażać – i wyszło to świetnie. Nie grali sztampowo. Widać było kontrasty między granymi przez nich bohaterami.
Anastazja Simińska zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Była wyrazista – tam, gdzie trzeba, seksowna, powabna, a zarazem pełna emocji. Piotr Janusz miał świetną postać do zagrania – złożoną, po której nie było wiadomo, czego się spodziewać. Muszę przyznać, że znakomicie zagrał również ojca Jona – to było genialne.
Jest jedna rzecz, która łączy w tym spektaklu wszystkich aktorów – swoboda. Wchodzili w interakcje z publicznością i było to tak naturalne, jakby oczywiste było, że za chwilę coś zrobią. Nieważne, czy siedziało się w pierwszym rzędzie, czy dalej – aktor mógł w każdej chwili odegrać swoją scenę właśnie tam. Sprzyjało temu ułożenie sali. Aktorzy nie grali na podwyższonej scenie, lecz na parterze, więc pierwszy rząd siedział jakby na scenie. To pokazywało, że widownia jest integralną częścią spektaklu.
Jeśli chodzi o wokal, cóż mogę powiedzieć – bardzo mi się podobał. Słuchanie tych artystów było miodem dla moich uszu. Pięknie ze sobą kontrastowali i tworzyli wspólne brzmienie. Świetnym zabiegiem było to, że orkiestra, a właściwie zespół instrumentalny, była widoczna. Ponadto zdarzały się sceny, w których aktorzy coś do nich mówili lub coś im podawali. To tylko podkreślało, jak ważni są muzycy podczas spektaklu. A jeszcze na samym początku, gdy widownia już siedziała, najpierw wchodzili muzycy i zajmowali swoje miejsca. Już wtedy doczekali się braw.
Jeden tylko minus – piosenki. Co prawda były bardzo ładnie zaśpiewane, ale nie zapadały w pamięć. Ani teksty, ani melodie nie pozostały ze mną na dłużej.
„Tik, tik… BUM!” to złożony spektakl. Z jednej strony pokazuje realia ówczesnego życia – świat korporacji oraz relacji międzyludzkich. Z drugiej strony bawi. Uśmiałam się bardzo. Jednak ważny w tym wszystkim jest czas.
Pod koniec spektaklu zmierzyłam się z prawdziwym BUM! Nie spodziewałam się, że wszystko pójdzie w takim kierunku – okazało się, jak już wspominałam, że Michael był nieuleczalnie chory. Wiecie, jaki przeżyłam emocjonalny roller coaster? Najpierw śmiałam się przez większą część spektaklu, a tu nagle – płacz. Ta scena bardzo mnie poruszyła.
Bardzo polecam ten spektakl. Jest nie tylko rozrywkowy, ale także skłania do refleksji. Czas przemija, dlatego warto dobrze go wykorzystać. Widziałam, że został nakręcony film na podstawie tego musicalu - chętnie go obejrzę.


Komentarze
Prześlij komentarz